[FABULARNY] Lemberg


(Xavery edler Kłopocki) #1

Niebo szarzało, kiedy motocykl którym jechał zaczął kaszleć i prychać jak gruźlik w ostatnim stadiu. Zwolnił, potoczył się jeszcze chwilę, poczym zarzęził po raz ostatni i stanął.
—Himmelaudon! - zaklął kierowca i z widocznym wysiłkiem zsiadł. Westchnął ciężko i rozejrzał się wokół skręcając papierosa. W szarówce dość wyraźnie można było dostrzec niedalekie zabudowania. Zapalił papierosa i zamyślił się. Zapasy z Triestu skończyły się dawno temu, tego co zdobył po drodze też ledwo mu staczyło do przeżycia. Ale nie mógł się zatrzymać, nie umiał. Ciągle popychała go do dalszej podróży jedna myśl - Na Lemberg! Do domu! Zgasił skręta, chowając pieczołowicie niedopałek do sakwy - odkąd wkroczył prawie dwa miesiące temu na teren ukochanego Vaterlandu znalazł wiele niezwykłych rzeczy, ale tytoniu nie było wśród nich… Wziął głęboki oddech, poprawił plecak na ramionach i kuśtykając na drewnianej nodze ruszył z wolna w stronę budynków. * Kiedy dotarł na miejsce było już ciemno. Posterunek przy rogatkach miasta Lwowa wydawał się opustoszały. Drewniany szlaban w habsburskich barwach, czarny i żółty, przepleciony był drutem kolczastym. Obok niego budka strażnicza, nad wejściem do której kołysała się na lekkim wietrze pojedyncza lampa naftowa. poza tym nic. Najwyraźniej epidemia realiozy nie oszczędziła także najdroższego mu miasta. Zrezygnowany oparł się o budę i wyciągnął resztę skręta. Kiedy trzasnęła odpalana zapałka, usłyszał jakiś łomot wewnątrz, a zaraz po nim głos wołający:
—Fraaaanz! Donnerwetter, nie wolno palić na służbie, jak Cię feldwebel złapie to będziesz miał za swoje! Słyszysz mnie, psiakrew?! *Drzwi otworzyły się i stanął w nich żołnierz w mundurze i opasce K.u.K Żandarmerii. Zamrugał oślepiony przez lampę. *-Kto…? Halt! Hande hoch! Przedstaw się i podaj hasło! - zawołał, błyskawicznie wyciągając z kabury pistolet i celując w przybysza. Ten patrzył na niego, niespeszony. Zmrużył tylko oczy, przyglądając się uważnie. Po chwili wypełnionej konsternacją ciszy otworzył szeroko oczy, wyraźnie wściekły.
—Kto? Kto?! Ja Ci zaraz powiem kto, łajdaku! Tak sprawujesz wartę? Tak bronisz powierzonej twojej, psiakrew, opiece placówki?! Himmelherrgott, od czasów samego Szwejka nie było w K.u.K armii takiego bałwana! Kretyn i patałach, naprawdę! Nazwisko i stopień wojskowy, żołnierzu! Osobiście dopilnuję żebyście się z samego rana stawili do karnego raportu. I BACZNOŚĆ KIEDY DO CIEBIE MÓWIĘ! Tak było od początku Najlepszej Armii Świata, że stanowczością, krzykiem i pewnością siebie można było osiągnąć prawdziwe cuda. Nie inaczej było i tym razem. Wojak wyprężył się, strzelił obcasami, wypiął pierś, wydał się nagle być wcieleniem służbisty, prawdziwą gwiazdą armii. Wykrzyknął gromko:
— Gefreiter Johann Fischer, panie oberleutnant! Przepraszam, ja, ja nie poznałem po ciemku! - zająknał się. - Spocznijcie żołnierzu. Wpuścicie mnie do tej kanciapy, i zrobicie coś gorącego do picia, daleka droga za mną. A, jeszcze jedno… Dajcie papierosa… Osłupiały wartownik w mig wykonał wszystkie polecenia przybysza, nadal przekonany że ma do czynienia z jakąś ważną personą. Ten zasiągnął się głęboko papierosem i pomilczał chwilę.
— Dobrze, oto rozkazy. Zatelegrafujecie natychmiast do sztabu żeby przysłali samochód. Powiedzcie że przybywa… Oberleutnant Schmidt. -
był to kodowy kryptonim jakim posługiwano się w KuK wywiadzie zagranicznym. Miał tylko nadzieję że został w mieście ktoś kto go jeszcze rozpozna.

— Potem staniecie na warcie przy szlabanie, i obudzicie mnie kiedy przyjadą. Ja tymczasem - ziewnął potężnie - Muszę się wreszcie, cholera jasna wyspać.


(Xavery edler Kłopocki) #2

Stał w salonie dawnego Pałacu Namiestnikowskiego, gdzie mieściła się tymczasowa siedziba Sztabu. Stojący na gzymsie kominka zegar tykał cicho odcinając upływające sekundy, nieczuły na ludzkie problemy. Drzwi za jego plecami otworzyły się.
— Hauptmann Fischer przyjmie pana. — oznajmił adiutant. Mężczyzna odwrócił się, podziękował żołnierzowi skinieniem głowy i wszedł do gabinetu. Mężczyzna w mundurze kapitana K.u.K Landwehry siedział za masywnym, drewnianym biurkiem przeglądając dokumenty.
— W zasadzie, jako że mamy stan wyjątkowy, powinienem Was wsadzić do paki za szpiegostwo od ręki, macie szczęście że akurat ja tu siedzę i pamiętam stare wojskowe hasła… Macie więc równo kwadrans, żeby dać mi cholernie dobry powód żebym Was nie kazał od ręki rozstrzelać, Herr… — podniósł głowe znad papierów i spojrzał na przybysza. Umilkł i zmarszczył brwi, jakby próbował sobie coś przypomnieć.
— Xavery edler Kłopocki, kapitanie — odparł cicho tamten. Fischer zerwał się na nogi jak porażony prądem, złapał się za mundur na wysokości serca i wykrzywił twarz w grymasie szoku, jakby zobaczył ducha.
— Herr… Herr Hauptmann?! — wykrzyknął. — Himmelaudon, to niemożliwe! Myśleliśmy że nie żyjecie!
— Spokojnie, żołnierzu, to ja. Byłem za granicą na misji wywiadowczej.
— Przez sześć lat?
— Tak długo, jak długo wymagał tego interes Monarchii, kapitanie. Jesteście żołnierzem, sami wiecie najlepiej jak jest. Powiedzcie mi raczej, Hauptmann Fischer, co tu się wydarzyło, na wąsy Kaisera? Wylądowałem koło Triestu dwa miesiące temu, widziałem jakieś światła na niebie nad surmeńską granicą, wybrzeże całe wyludnione, podobnie jak większość kraju! Pomijając maruderów, bandytów i inne dziwne persony. Połączyłem się z Winktown, kiedy jeszcze miałem dostęp do radiostacji, mówią — realioza… Kapitan westchnął ciężko.
— Proszę siadać, Herr Landeshauptmann, to może trochę potrwać… Herbaty?